Jaromir Kopp [JK]: Bardzo dziękuję, że znalazł Pan czas na rozmowę. Zauważyłem, że twittuje Pan z iPhone’a. Jak długo używa Pan smartfonów Apple? Czy jakichś innych urządzeń Apple też Pan używa?

Tomasz Sekielski [TS]: Jeśli chodzi o smartfony, to od pierwszego razu jestem wierny firmie Apple, choć przyznam, że nie wierzyłem początkowo w sukces smartfonów. Gdy pojawił się pierwszy iPhone, uważałem go za wielką cegłę, dziwny telefon. Nie sądziłem, że to jest coś, co zmieni Świat, ale szybko się zorientowałem, że Steve Jobs nieźle to wykombinował i że naprawdę poza marką i logiem coś w tym jest. Później musiałem „połknąć własny język” i przeprosić znajomego, którego oskarżałem, że jest pozerem, bo ma iPhone. Dzięki umowie mojej żony, na jej abonament nabyłem swojego pierwszego iPhone’a i od tamtej pory jestem absolutnie wierny smartfonom Apple. Ogólnie we wszystkim jestem wierny Apple’owi, ponieważ uważam, że mimo wysokich cen tego sprzętu dostarcza on jakości i niezawodności, jaka jest mi potrzebna w pracy. Tak,  w telewizji montaż odbywa się na Makach. Również na sprzęcie Apple pisze się i redaguje teksty. Za waszym pośrednictwem chcę przeprosić wszystkich applowców, że był okres w moim życiu, kiedy nie doceniałem tej firmy.

Tomasz Sekielski

JK: A mniej więcej kiedy Pana podejście się zmieniło, zwłaszcza jeżeli chodzi o komputery?

TS: Jeśli chodzi o komputery, to siłą rzeczy zmiana nastąpiła, gdy zmieniły się metody montażu telewizyjnego. Kiedyś montowało się na taśmach, były to zestawy liniowe, doklejało się jakby kolejne klocki, przegrywając z taśmy na taśmę, i nie można sobie było dowolnie rozsuwać i przestawiać scen jak teraz w programach do montażu wideo. Kiedy TVN się dynamicznie rozwijał, gdy powstał kanał TVN24, podjęto słuszną decyzję, aby zamienić system montażu liniowego na FinalCut i wtedy dotarła do mnie z olbrzymią siłą moc oprogramowania i sprzętu Apple. Od tamtej chwili staram się mieć wszystko „applowskie”, ponieważ jest to kompatybilne, działa i nie muszę tego rozgryzać, stawać się specjalistą informatykiem, nie muszę grzebać głęboko w menu. Po prostu mam to, czego potrzebuję, coś, co się uaktualnia samo, kiedy trzeba, i jest funkcjonalne.

JK: Nawet Pan nie wie, jak się ucieszyłem, bo mam podobne wrażenia. Teraz pytanie z trochę innej beczki. Jest Pan autorem serii książek „Sejf” i słyszałem, że nie będzie kontynuacji. Czy ma pan jakieś inne plany pisarskie?

TS: Postanowiłem skończyć na tych trzech częściach, głównie ze względu na to, że tak zagmatwałem, zakręciłem tą historią i stała się ona tak wielowątkowa — a stawiam sobie cel, aby czytelnik miał poczucie, że te moje historie są budowane dokładnie, że są logiczne, bez sprzeczności w fabule i prawdopodobne — że  nie dam rady ciągnąć tego w kolejnej książce, aby trzymać wszystkie nici historii i być pewnym, że czegoś gdzieś nie pomylę. Uznałem, że jest to zamknięta całość i lepiej, aby był niedosyt niż przesyt. Chcę natomiast wydać kolejną serię beletrystyczną, mroczny thriller polityczny: zabójstwa i spiski. Niestety, mam jeszcze niezakończoną książkę, wywiad rzekę z Grzegorzem Żemkiem, głównym bohaterem afery FOZZ, której nie mogę dokończyć redakcyjnie z powody braku czasu. Już jestem po pierwszej redakcji, jeszcze trochę poprawek autorskich i mam nadzieję, że wiosną uda się ją wydać. Chciałbym, aby moja autorska książka z nowej serii ukazała się na koniec roku, ale to wszystko zależy od wielu okoliczności i od wolnego czasu.

Tomasz Sekielski

JK: Zatem nie pozostaje mi nic innego jak trzymać kciuki, aby się udało. Jeszcze jedno małe pytanie, o wydawnictwo. Słyszałem, że wprowadza Pan do swojej oficyny innych autorów.

TS: Tak, to prawda, dla ścisłości, wydawnictwem „Od Deski do Deski” kieruje teraz moja żona. W tym roku wydaliśmy Huberta Klimko—Dobrzanieckiego, Łukasza Orbitowskiego, Janusz Leona Wiśniewskiego. Trzy książki z cyklu „Na F/Aktach”. Są to historie głośnych zbrodni i przestępstw, zbeletryzowane i zinterpretowane przez tych autorów, według ich artystycznej wizji. Te trzy książki już się ukazały. Mają być kolejne. W tym roku ma zostać wydana powieść Sylwii Chutnik, będą też dwie inne bardzo ciekawe historie z serii „Na F/Aktach”. Powinien być też wydany mój „Grzegorz Żemek” i trwają rozmowy z kolejnymi autorami. Wydawnictwo wciąż jest na początku drogi, ale idziemy naprzód. Rynek wydawniczy w Polsce jest niełatwy. Prowadzenie wydawnictwa wydawało mi się o wiele prostsze, gdy patrzyłem na to z boku, wyłącznie jako autor, a jeszcze łatwiejsze wydawało się z punktu widzenia czytelnika, ale choć wydawnictwo przeszło kilka perturbacji, rozwija się i będziemy działać nadal.

JK: To nie pozostaje mi nic innego, jak zacisnąć kciuk w drugiej dłoni za pomyślność realizacji planów wydawniczych. Przygotowanie każdego z programów „Po prostu” wydaje się przedsięwzięciem ogromnie złożonym i wymaga zgrania wielkiej ilości terminów. Jak Pan sobie z tym radzi? Czy prowadzeniem terminarza zajmuje się Pan samodzielnie? Technologia jest Panu w tym pomocna?

TS: To w zasadzie jest temat na osobną rozmowę, dlatego zacznę od tyłu, od technologii. Dziennikarstwo przez te lata, a w moim przypadku to jest już 21 lat, zmieniło się ogromnie właśnie z powodu technologii. Jest to temat na wielki wykład, rozprawę naukową, jaki wpływ na pracę dziennikarza ma dostęp do internetu, smartfony, komputery. Dzisiaj wykorzystuje się wszystkie te dobrodziejstwa w dziennikarstwie, począwszy od aplikacji z mapami, przez programy „newsowe” po społecznościowe. Zmieniło się prawie wszystko, myślenie o dziennikarstwie też się zmienia. Mam poczucie, że dziennikarstwo stało się jeszcze bardziej pracą 24 godziny na dobę, w zasadzie zawsze tak było, ale teraz mamy większą potrzebę otrzymywania informacji niemal w czasie rzeczywistym. Filozofia tworzenia „newsów”, budowania historii jest całkiem inna niż 20 lat temu, kiedy zaczynałem być dziennikarzem. Ale nie narzekam, uważam, że jest to wspaniale doświadczenie i mam nadzieję, że jeszcze przede mną wiele lat. Dopiero gdy w odległej przyszłości stwierdzę, że nie nadążam i nie wiem już, który guzik wcisnąć, wtedy się poddam, ale na razie nie jest źle. Technologia bardzo przyśpiesza przekazywanie informacji, przesyłanie materiałów, zdjęć, filmów. Już nie trzeba mozolnie zgrywać tego z taśmy. To są ogromne oszczędności czasu.

Co do ludzi z którymi współpracuję, oczywiście to jest jasne, że w każdej redakcji, a w szczególności telewizyjnej, jeden reporter, dziennikarz nie jest w stanie sam nic zrobić. Pomaga ekipa: producenci, montażyści, kamerzyści. Mam to szczęście, że pracuję z zespołem osób, które znają się już dosyć długo i dla których to też jest pasja, więc jak trzeba, zostają dłużej i pomagają w przygotowaniu programów TV. Sam bym sobie nie dał rady. Zazwyczaj wygląda to w ten sposób, że mamy tydzień zdjęciowy i tydzień na zmontowanie programu, który ma około 40 minut. Jak się odejmie czas na dojazdy i lektora, to się okaże, że z dwóch tygodni zostaje jeszcze mniej czasu. Niektórzy mówią, że mam fajną robotę, bo tylko raz na dwa tygodnie zrobię jakiś film. Polecam każdemu, aby spróbował zmontować 40 minut reportażu, to się przekona, ile to jest pracy. Niby jest to program raz na dwa tygodnie, ale mam wrażenie, jakbym nie wychodził z pracy. Aby nie było wątpliwości, nie żalę się tutaj, widziałem, czym jest zawód dziennikarza. Moja żona jest wyrozumiała i toleruje to, że nie ma mnie prawie w domu, więc wszystko mi się dobrze ułożyło pod tym względem. Niestety, czas mi się bardzo skurczył przez realizację reportaży i filmów z zagranicy i właśnie choćby wciąż nie mogę się zabrać do napisania książki. Często brakuje czasu na prywatne zajęcia, ale jeszcze raz potworzę: nie narzekam.

Tomasz Sekielski

JK: Teraz trochę wścibsko zapytam, czy ma Pan jakieś swoje ulubione aplikacje?

TS: Jeżeli chodzi o komputer, to oczywiście Final Cut, choć uważam, że Apple zrobił karygodną rzecz, wypuszczając na rynek wersję Final Cut X zupełnie nieprzygotowaną i tak całkiem inną.

JK: A czy teraz Pana opinia o Final Cut X się zmieniła?

TS: Wciąż pracujemy na 7, chociaż wersja X po wszystkich aktualizacjach w ciągu paru lat zaczyna działać coraz lepiej. Tak się złożyło, że zmienialiśmy komputery w czasie premiery FinalCut „Dziesięć” i takie wersje programu chciano nam dodać. Na szczęście mogliśmy je wcześniej przetestować i zdecydowaliśmy się, że jednak pozostaniemy przy „siódemce”. Pamiętam, że była wówczas wielka afera, bo Apple, wprowadzając „dziesiątkę”, wycofał ze sklepów wszystkie wcześniejsze wersje.

JK: A potem musiał się raczkiem z tego wycofać.

TS: Właśnie, na szczęście po znajomości, z jakiegoś magazynu dostaliśmy dwie „nowiutkie” wersje starego Final Cuta. Takiego działania firmy nie rozumiem. Myślę, że wprowadzenie Final Cut X to jedna z większych wpadek firmy, kiedy się wydawało, że Apple przejmie rynek montażu telewizyjnego, fotograficznego itd. A teraz niestety (dla Apple) Adobe wyszedł ze swoim systemem montażu wideo i telewizyjnego, o którym słyszałem, że jest bardzo dobry, choć sam go nie używam.

JK: A inne programy?

TS: Już patrzę… na iOS to Twitter, ten oryginalny. Mam zainstalowany Tweetbot, ale nie rozumiem zachwytów nad tym programem, nie potrafię się na niego przesiąść i wolę używać firmowego. Ze społecznościowych jeszcze Instagram. Mam trochę aplikacji do fotografowania: Pro Camera, Multi Cam, Super 8. Korzystam z aplikacji Zdrowie, którą uważam za bardzo fajnie rozbudowaną i sprawnie działającą.

W komputerze niemontażowym to najczęściej korzystam z Pages, ponieważ mi pasuje. Jakoś dziwnie mi się pracowało na wersji Worda na Maca, niby chodzi, ale jednak Pages jest dla mnie wygodniejszy i wystarczający. Używam też innych aplikacji z applowskiego „Office”, czyli Numbers i Keynote. Poustawiałem w Pages preferencje pod swoje potrzeby i jestem bardzo zadowolony, a opcje eksportu i importu plików są dla mnie całkowicie wystarczające. Jeśli chodzi o pocztę,
to używam normalnego Apple Mail — lekki, prosty i bez udziwniania. Safari, choć zdania są podzielone i czasem sprawia problemy, to nie narzekam i używam jako głównej przeglądarki. Podoba mi się nowe iMovie (z takich zabawek). Mam wrażenie, że Apple chciało z nowym Final Cut pójść w stronę (tu nie chcę nikogo obrazić) takich niedzielnych filmowców, którzy od czasu do czasu coś sfilmują, a później będą chcieli zmontować profesjonalnie. Moim zdaniem takim filmowcom w zupełności wystarczy iMovie, którego sam używam do montowania prywatnych filmów. Często korzystam z programu do grafiki ArtBoard. Trzeba się w niego wgryźć, ale mam wrażenie, że jeżeli chce się zrobić coś kreatywnego, to jest on bardzo fajny. Kolejny często używany program to Mind View, czyli aplikacja do tworzenia map myśli, problemów, planów, wykresów. Można tworzyć timeline, przy dokumentacji to się bardzo dobrze sprawdza. Gdy planuję reportaże czy filmy, staram się sobie je najpierw dobrze rozrysować. Mind View się bardzo dobrze to tego nadaje i ma dodatkową możliwość umieszczania w projekcie multimediów. Przy dużych projektach to jest fajne, bo podążając za timeline’em, można sobie odtwarzać rożne materiały. Bardzo przydaje mi się to w pracy.

Tomasz Sekielski

JK: Domyślam się, że jest Pan obecny podczas montażu swoich programów. Sam się Pan w montaż angażuje czy „patrzy przez ramię”?

TS: Potrafię montować, ale mam znakomitego montażystę Dariusza Mandesa, więc jest tak, że nie muszę siedzieć i trzymać go za rękę. Rozumiemy się i to bardzo pomaga przy współpracy, kiedy można zostawić znaczną część pracy i być spokojnym o to, że zostanie ona zrobiona tak, jak ją sobie wyobraziłem.

JK: Na koniec sprawy bezpieczeństwa. Często zajmuje się pan trudnymi tematami i jeździ w nie całkiem bezpieczne miejsca. Czy podejmuje pan jakieś specjalne działania?

TS: Trzeba zachować zdrowy rozsądek. Jeżeli jedziemy w rejon konfliktu lub będziemy robić materiał o kartelach narkotykowych w Meksyku, to wiadomo, że robi się pogłębiony research dotyczący bezpieczeństwa pracy dziennikarza w rejonie,
aby wiedzieć, na co się przygotować. Nawet nie chodzi o zagrożenie bezpieczeństwa, ale o przepustki, pozwolenia czy kwity potwierdzające władzom, że jesteśmy dziennikarzami. To wszystko jest na etapie przygotowywania wyjazdu. Jeżeli na coś trzeba zwrócić szczególną uwagę, to musimy o tym wiedzieć przed wyjazdem.

JK: Bardzo Panu dziękuję za rozmowę. Powiem uczciwie: nie spodziewałem się, że trafię na takiego zaprzysięgłego „applowca”. Jeszcze raz dziękuję!

TS: Dziękuję i pozdrawiam!

Artykuł oryginalnie pojawił się w numerze 4/2016 Mój Mac Magazynu.

ZDJĘCIA: Ewa Galica