^

Tylko płaskiej obudowy żal…

Robert Wojno

8 lipca 2019

Ostatnio, podczas firmowej kolacji jeden z jej uczestników wyjął z torby cyfrowy aparat fotograficzny i zaczął nim robić zdjęcia całej naszej wesołej gromadki. Wywołał przy tym niemałe zdziwienie i komentarze w stylu: „Telefon Ci się zepsuł?”, „Który mamy rok, że robisz zdjęcia aparatem?” i został wyzwany od hipsterów.

Kto by pomyślał, że konsumencki, cyfrowy aparat fotograficzny na imprezie wywoła w 2019 roku równie wielkie poruszenie jak w 1999. Aparaty w telefonach osiągnęły taki poziom, że noszenie kolejnego balastu jest po prostu niepraktyczne i nawet zwolennicy lustrzanek powoli, z lenistwa coraz rzadziej zabierają swój sprzęt na spacery. Dawny bój na megapiksele przeminął i teraz producenci biją się na liczbę obiektywów.

Na szeroką skalę działa odpaliły w 2016 Huawei P9 oraz Apple z iPhone’em 7 Plus. Celowo pomijam tu niszowe HTC one M8 czy Samsunga B710. Potem telefony z wieloma obiektywami wyrosły w ofertach jak grzyby po deszczu i zobaczyliśmy nawet takie dziwolągi jak Nokia 9.

Patrząc na Huaweia P30 Pro oraz na wyciekające zdjęcia podzespołów kolejnego iPhone’a, odnoszę wrażenie, że tej bitwy na liczbę obiektywów nie da się już zatrzymać i już niedługo zobaczymy potworki z tylną obudową przypominającą bardziej oczy muchy niż telefony, jakie znamy. Cieszę się, że aparaty w telefonach robią coraz lepsze zdjęcia, bo obiema rękami podpisuję się pod stwierdzeniem, że najlepszy aparat to ten, który mamy przy sobie. Ale trochę tęsknię do czasów, kiedy mogłem telefon położyć płasko na stole i nie bujał się on na wystającym obiektywie,
który się przy tym rysuje.

Robert Wojno

Dziennikarz technologiczny i specjalista od treści internetowych. Miłośnik, ale nie fanboy Apple. Fan wszystkiego co technologiczne i gadżeciarskie. W moim domu tylko lodówka nie jest (jeszcze) podłączona do Internetu.
Komentarze (0)
L

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.