Co jakiś czas poszukuję mobilnych wersji aplikacji dla desktopowego power usera. Tym razem padło na Adobe Premiere. Zastępstwem okazała się LumaFusion — bardzo użyteczna apka dla wielu zastosowań.

Na początku chciałbym wymienić kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, edycja materiału video może być na tyle skomplikowanym zadaniem, że obecnie nie istnieje rozwiązanie, które w 100% zastąpiłoby desktopowego NLE (non-linear editor).

Po drugie, gdy składam materiał na YouTube czy Facebooka, bardzo dużą wagę przykładam do szybkości pracy oraz łatwości powrotu do pracy na starszych projektach, by wprowadzić w nich jakieś zmiany.

Oba powyższe zastrzeżenia mają kolosalny wpływ na to, w jaki sposób oceniam testowane oprogramowanie. O ile istnieją aplikacje z innych branż, które w wersji mobilnej pokrywają się ficzerami z wersjami desktopowymi (np. Ulysses, w którym piszę ten tekst, czy Nozbe, w którym zaplanowałem jego stworzenie), o tyle przy cięższych zadaniach nie jest już tak różowo. Przy okazji zależało mi na sofcie, w którym poprowadzę projekt od A do Z, nie skacząc między platformami i nie żonglując aplikacjami. W związku z tym okrojenie z funkcjonalności apki mobilnej nie może być zbyt drastyczne, ale… jest akceptowalne. W efekcie takiego kompromisu powstał LumaFusion, dzięki któremu możemy zrobić naprawdę wiele.

Interfejs na wymiar

Jestem heavy-userem Adobe Premiere i do niego będę odnosił się podczas tej recenzji. W Premiere mamy ustawienia widoków. To samo jest dostępne w LumaFusion. Widoki nie są edytowalne, ale robią podstawową robotę.

Cała aplikacja jest stworzona z trzech obszarów: podgląd video, timeline i miejsca z plikami do wykorzystania. Są widoki, które zawierają wszystkie trzy obszary, a są i takie, które pokazują tylko dwa z nich, np. okno podglądu video i timeline albo podgląd video i lista plików do wykorzystania.

Dlaczego to jest fajne? Bo miejsce na ekranie urządzenia mobilnego jest ograniczone, a proces powstawania nowego projektu jest dzięki temu ułatwiony. Już tłumaczę, dlaczego jest to istotne przy pracy nad projektem.

Jak zaczynamy proces edycji?

Tutaj muszę dokonać kolejnego zastrzeżenia. Zakładam, że nasz projekt to coś więcej niż sklejenie i docięcie kilku następujących po sobie klipów. Powiedzmy, że tworzymy codziennego vloga i jesteśmy osobami kreatywnymi. ;)

W Premiere Pro działam w taki sposób, że wrzucam cały footage na timeline, przeglądam go (w przyspieszeniu) i dzięki skrótom klawiszowym Q i W przycinam klipy tak, by po pierwszym tzw. „rough cut” mieć na linii czasu content, z którego można zacząć sklejać jakąś historię.

W przypadku LumaFusion workflow musi wyglądać nieco inaczej, a to dlatego, że jednym z naszych priorytetów była szybka praca przy projekcie.

Otóż wybieramy sobie widok aplikacji, gdzie mamy tylko listę plików do wykorzystania oraz podgląd video. To znaczy zalecam robić to na telefonie, bo w przypadku iPada nasza przestrzeń jest wystarczająco duża, by móc wygodnie pracować.

Teraz klikamy po kolei każdy plik video, możemy go szybko przeglądać i zaznaczać punkty IN oraz OUT. Można to robić, klikając w ikonki markerów lub (szybciej) gestami (swipe up, swipe down). Byłem zdziwiony jak szybko można przejrzeć nagrany materiał, zaznaczając miejsca, których chcemy użyć w finalnym klipie.

Obszar pokazujący nasz footage ma wiele małych detali, które ułatwiają pracę. Na przykład jeśli musimy przerwać pracę i wracamy do projektu video po jakimś czasie, od razu widać, do którego miejsca przejrzeliśmy pliki. W widoku widać, w których klipach zostały zaznaczone markery, a nawet długość materiału, jaki obejmują. Kolejną przydatną ikonką jest „ptaszek” pokazujący, czy dany plik został użyty (znajduje się na timeline) w otwartym projekcie.

No dobra. Przejrzeliśmy wszystkie pliki, więc zaznaczamy wszystkie klipy z wybranymi punktami IN i OUT i przenosimy je jednym ruchem na timeline. Voilà, mamy nasz „rough cut”.

Co dalej? Czyli lista funkcjonalności

Program obsługuje do trzech ścieżek video i audio (przy czym ścieżka video może zawierać w sobie zarówno materiał video, jak i audio). Podstawowe narzędzia pozwalają nasz materiał pociąć, klonować i oddzielać audio od video (np. gdy chcemy zrobić J lub L-cut). Jest również dostępne „Slip tool”, co w przypadku interfejsu dotykowego znacznie ułatwia pracę nad projektem.

Dwukrotne kliknięcie w jakikolwiek element na timelinie otwiera opcję edycji. Mamy tutaj do dyspozycji znacznie szersze funkcjonalności: przeźroczystość klipu, dostosowywanie rozmiaru, pozycji i prędkości odtwarzania (wraz z utrzymywaniem „audio pitch” po jego przyspieszeniu/zwolnieniu).

Do powyższych podstawowych opcji dochodzi kilkanaście efektów związanych z dźwiękiem oraz suwaki odpowiedzialne za barwy widoczne na ekranie. O tym wspomnę jeszcze w dalszej części tego tekstu.

A teraz najlepsze. Program umożliwia tworzenie klatek kluczowych! Jestem pod wrażeniem, w jaki sposób to wszystko wygląda i działa. Aplikacja wygląda na dość prostą w obsłudze i nawet praca na klatkach kluczowych jest całkiem wygodna i sprawna. Jeśli więc nie chcemy korzystać z predefiniowanych efektów i chcemy, by nasz napis tytułowy pokazał się, po czym zaczął zmieniać barwy, możemy to zrobić w ciągu kilkudziesięciu sekund. Jedyny warunek to posiadanie iPada Pro, bo na moim Air 2 doświadczenie używania aplikacji przy chęci szybkich zmian nie było wymarzone.

Gdy jesteśmy bardziej PRO

Teraz czas na prawdziwe czary, które docenią tylko osoby pozytywnie zakręcone w temacie powstawania obrazka video.

Pierwsza z superfunkcji to praca na płaskim profilu nagranego video. Dla mniej zorientowanych: to takie zdjęcie czy film, który ma bardzo niski kontrast dzięki czemu zachowane jest więcej detali obrazu. Generalnie chodzi o to, że z takiego obrazka łatwiej jest wyciągnąć to, co ukryte w najjaśniejszych i najciemniejszych obszarach naszego video.

Co z tego? Ano to z tego, że na moim Panasonicu mogę sobie nagrywać we v-log L, wrzucać pliki do LumaFusion i aplikować do materiału LUT-a. Co więcej, mogę zaimportować własnego LUT-a do aplikacji, załatwiając całą zabawę z color gradingiem jednym dotknięciem palca. Jeśli podoba ci się „styl” koloryzowania materiału u niektórych YouTuberów, to wiesz, jak taka funkcja może ułatwić życie.

Druga z zaawansowanych funkcji to możliwość tworzenia własnych presetów. Jeśli poświęciłeś czas na zabawę różnymi suwakami i stworzyłeś kompozycję, która cię zadowala — zapisz ją jako preset. Załóżmy, że twoim znakiem rozpoznawczym jest jakiś konkretny typ tranzycji, np. wirujące i zmniejszające się wideo. Możesz pobawić się suwakami i klatkami kluczowymi, a owoc pracy zapisać jako preset do szybkiego użycia kiedykolwiek będziesz go potrzebował.

Podobnie z planszami tytułowymi. Możesz stworzyć swoje kompozycje, zanimować je i wszystkie zapisać pod presetem, który szybko odtworzysz przy każdym kolejnym projekcie.

Kolejna genialna rzecz w LumaFusion to kopiowanie atrybutów. Zaznaczamy wybrany klip na linii czasu, otwieramy menu narzędzi i klikamy opcję „clip”. Następnie klikamy „copy”. W tym momencie w schowku mamy wszystkie atrybuty zaznaczonego video. Możemy zaznaczyć inny klip i w tym samym miejscu interfejsu kliknąć „paste”, przenosząc atrybuty takie jak: wszelkie efekty związane z dźwiękiem, pozycją, kolorami itp. Co jeszcze fajniejsze — przed wklejeniem atrybutów do nowego klipu możemy odznaczyć atrybuty, których nie chcemy kopiować. Czyli np. możemy wkleić tylko atrybuty kolorów i dźwięku, nie nadpisując innych parametrów.

Aplikacje na iPada to tylko zabawki…

… nie pozwalające na pracę na wielu projektach. Nie LumaFusion. Miejsce na iPadach w przypadku pracy z plikami video może się szybko skurczyć, więc warto by mieć kopię zapasową naszych projektów. Dla mnie biblioteka projektów to bardzo istotna kwestia, ponieważ do niektórych projektów wracam po roku lub dwóch latach, by zmienić jakiś minidetal i wyeksportować na nowo materiał.

Opcje eksportu w LumaFusion są dość standardowe jak na prosty edytor desktopowy… i bardzo obszerne, jeśli porównamy go do edytorów na urządzenia mobilne. Po pierwsze integracje. Wszelkie pliki (eksport i import video, presety, LUT-y) mogą być przenoszone z/na Dropboxa, iCloud Drive, Google Drive, iOS Photos App i inne mniej popularne. Video możemy również eksportować bezpośrednio na YT, FB i Vimeo. Jest też dodatkowa funkcja „Other App / Airdrop”, jeśli komuś byłoby za mało możliwości.

Opcje eksportu to dobór wielu różnych rozdzielczości, bitrate, framerate, próbkowania audio czy nawet eksportu do formatów 360 stopni. W zależności od ustawień mamy na ekranie informacje, ile szacunkowo zajmie wynikowy plik video oraz ile wolnego miejsca mamy na naszym iUrządzeniu — bardzo przydatne.

Jakby tego było mało, możemy również eksportować snapshot pojedynczej (aktualnie widocznej na ekranie) klatki naszego projektu video lub samo audio projektu.

Crème de la crème opcji „Share” to możliwość wypuszczenia z aplikacji archiwum projektu. Dzięki tej funkcji możemy zachować w chmurze nasz cały projekt razem ze wszystkimi plikami użytymi w produkcji.

Tutaj widzę pewien minus. Archiwum zapisuje się jako pojedynczy plik o rozszerzeniu .spryzip. Tym samym ograniczeni jesteśmy do importu tylko z powrotem do LumaFusion. Zatem jeśli budujemy swój system pracy z video wokół jednej aplikacji, to finalnie będziemy na nią skazani. Dla osób wielbiących filozofię iPad Only to może być nawet zaleta, ale osobiście lubię mieć zawsze plan B.

Istnieje też możliwość ograniczenia wielkości takiego eksportu. Załóżmy, że nasz footage to wielokrotne ujęcia, które zajmują bardzo dużo przestrzeni dyskowej. W finalnym projekcie używamy tylko najlepszych wersji danych ujęć i wiemy, że nie będziemy potrzebować pozostałych wersji. W takim wypadku możemy wyeksportować projekt, który będzie zawierał tylko wykorzystany footage (wrzucony na timeline) z dodatkowym 1-2 sekundowym naddatkiem przy każdym cięciu. Bardzo przydatna opcja.

Workflow w świecie rzeczywistym?

Posłużmy się przykładem vlogera. Widzę tutaj dwie opcje:

Nagrywasz wszystko telefonem i na nim edytujesz materiał, by finalnie wrzucić film na YouTube, a projekt zarchiwizować np. na Dropboxie.

Jesteś PRO i nagrywasz vloga aparatem/kamerą i dronem. Materiał masz na kartach SD. Na koniec dnia importujesz cały footage na iPada dzięki donglowi SD->lightning (przy okazji, ten w wersji USB 3.0 bardzo sprawnie importuje materiał) i pakujesz wszystkie pliki do LumaFusion. Dalsze etapy procesu już znasz.

W obu przypadkach warto być w zasięgu dobrego łącza WiFi, jeśli chcemy archiwizować nasze projekty. Dodatkowo w przypadku punktu 2 zastrzegam, że iOS ma pewne ograniczenia w importowaniu contentu video. Zalecam więc, by nagrywać do plików mp4 lub mov, a unikać kodeków avchd i rozszerzeń typu .mts.

Czego brakuje mi do szczęścia?

LumaFusion obsługuje skróty klawiszowe. Super, ale mogłoby być ich więcej. Jestem fanem skracania dostępu do opcji — nawet zaawansowanych, wliczając w to makra (kilka następujących po sobie akcji). Lista dostępnych skrótów jest dostępna tutaj.

Chętnie zobaczyłbym skróty, 

oferujące akcje niedostępne poprzez interfejs dotykowy. Dodawanie wybranych presetów do zaznaczonego klipu video dzięki skrótowi klawiszowemu również przyjąłbym z otwartymi ramionami. Tutaj małe zaskoczenie. Są skróty odpowiadające klawiszom Q i W w Premiere, jednak konfiguracja typu OPT+] jest tak słaba,
że właściwie nieużywalna. W ogóle podczas pracy z klawiaturą miałem wrażenie, że ona bardziej przeszkadza, niż pomaga. Finalnie najszybciej z programem pracowałem, korzystając z 2-3 klawiszy na klawiaturze, a całą resztę obsługiwałem palcem. Z poprzedniego zdania można wysnuć wniosek, że najwygodniej obsługuje się LumaFusion dotykiem i gestami.

Kolejną bolączką jest fakt, 

że iOS nie obsługuje kanału Alpha, więc jeśli macie swoje pięknie kończące się intro przygotowane na komputerze czy lower third, to niestety taki plik mov nie zostanie obsłużony. To akurat jest spore ograniczenie w mobilnej produkcji materiałów zgodnych z tym, co do tej pory pokazywaliśmy naszym odbiorcom. Cień nadziei podsunął mi w mailu deweloper aplikacji, pisząc, że będą chcieli obejść braki iOS na swój sposób.

Idąc krok dalej, 

bardzo chętnie bym zobaczył obsługę motion graphics, dzięki któremu kreatywne umysły mogłyby tworzyć piękne przejścia, efekty i obrazki video. Przy okazji można by pomyśleć o funkcjonalności mieszania warstw i nakładania mask… w obu tych przypadkach myślałem, że zaczynam bujać w obłokach, do momentu gdy w tym samym mailu twórca Luma Touch napisał, że obie te funkcje będą w jednej z kolejnych wersji aplikacji (prawdopodobnie dostępne jako IAP).

Moim skromnym zdaniem przyszłość mobilnej produkcji video rysuje się w pięknych barwach.

Artykuł pojawił się  oryginalnie w nr 1/2018 Mój Mac Magazynu.

Może Cię zainteresować: