^
macOS Sierra

JABŁKO plus OPTION, czyli serwis Apple za czasów systemów klasycznych. Z archiwum MMM

Jaromir Kopp

11 lutego 2017

Czasem tęsknię za prostotą dawnych (klasycznych) systemów Apple. Na dyskach mieliśmy kilkaset, góra kilka tysięcy plików (a nie miliony jak obecnie). System składał się z dosłownie kilku elementów: plik Finder, plik System, czasem kilka „Enablerów”, do tego teczka z rozszerzeniami i druga z tablicami kontrolnymi, fonty, plik schowka (clipboard), teczka na rzeczy do Menu Apple, teczka z preferencjami i w zasadzie tyle. 

Stabilny, ale naiwny

Na początku lat 90. krążyły legendy o stabilności systemów Apple i na tle „konkurencji” te legendy nie były zbytnio oderwane od rzeczywistości. Ale oczywiście, jak wszystkie twory człowieka, nie były one (te systemy) pozbawione błędów. Czasem problemy sprawiał sam system, czasem dodatki (rozszerzenia lub tablice kontrolne firm trzecich), a czasem sam użytkownik.
Zacznę od końca. Gdyby System 7 spersonifikować, to jedną z jego cech byłaby pewna naiwność – coś jak nadmierne zaufanie do użytkownika. Przejawiało się to tym, że nie protestował, gdy użytkownik próbował wyjąć jakieś nawet bardzo ważne elementy systemu z teczki systemowej. Mnie, jak pewnie wielu innym, zdarzyło się tak wyjąć np. Finder. Po restarcie komputer nie bardzo nadawał się do pracy.
Kolejna rzecz, która potrafiła wpędzić w kłopoty, to obce dodatki do systemu. Na szczęście trafiały one prawie zawsze w odpowiednie teczki. Jeżeli po instalacji jakichś dodatków komputer zaczynał pracować niestabilnie, wystarczyło uruchomić go z wciśniętym klawiszem Shift (Podnośnik) aby nie zostały uruchomione. Dalej już przydawało się trochę sprytu. O czym napiszę niżej.
A jak sobie poradzić z kiepsko działającym systemem? Po osiągnięciu „drugiego stopnia wtajemniczenia” nie było to trudne!
Pamiętam jak dziś standardową odpowiedź administratora w pewnym dużym wydawnictwie pracującym praktycznie wyłącznie na Macintoshach (1993–94 rok) na prośbę o pomoc z niestabilnie działającym systemem: „Przebuduj plik biurka”. I to był ten „drugi stopień wtajemniczenia”! Niestety, za którymś razem każdy z użytkowników zanim wybrał się do „admina” po pomoc, wykonywał tę magiczną czynność i administrator, chciał czy nie, musiał zająć się sprawą  w sposób bardziej wyrafinowany.

A o co chodziło z tym „plikiem biurka”? 

Desktop File to niewidoczny plik, w którym system przechowywał dodatkowe informacje i ścieżki do wszystkich plików i programów na dysku. Pierwszymi objawami, że coś z tym plikiem jest nie tak, było zastępowanie własnych ikon programów i dokumentów przez typowe – systemowe. Kolejny objaw to komunikat o braku programu obsługującego dany plik po kliknięciu w tenże, choć wiemy, że odpowiednia aplikacja znajduje się na dysku. Naprawa pliku biurka pomagała również na wiele innych bardzo nietypowych dolegliwości, jak np. wolniejsza praca komputera, gdy plik był „przerośnięty”, choć nie na wszystkie. Przy pierwszych objawach dziwnego zachowania Macintosha, zamiast zawracać głowę adminowi, wykonywało się ponowne uruchomienie komputera, trzymając podczas startu systemu wciśnięte klawisze Option i Jabłko (alt i cmd) aż do pojawienia się komunikatu: „Czy na pewno chcesz przebudować plik biurka? Wszystkie komentarze w oknach Info zastaną utracone” (dlatego nikt nie stosował wtedy tych komentarzy). Klikaliśmy OK i czekaliśmy czasem kilkanaście minut na zakończenie przebudowy tego tak ważnego pliku. Po tych zabiegach zazwyczaj była wyraźna poprawa. Ale nie zawsze… i tu wracamy do wyżej już wspominanych rozszerzeń.

Konflikty

Czasem rozszerzenia czy tablice kontrolne pochodzące od różnych firm potrafiły sprawiać problemy, ponieważ „gryzły się” że sobą. Dobrą praktyką sprytnego użytkownika było przed instalacją nowego programu, a zwłaszcza dodatków do systemu, oznaczyć już zainstalowane tablice i rozszerzenia, aby wiedzieć potem, które zostały dodane lub zmodyfikowane. Czyli zaznaczaliśmy wszystkie pliki w teczce tablic kontrolnych i rozszerzeń, a następnie nadawaliśmy in jakąś etykietkę (kolor). Po instalacji nowości, gdy działo się coś dziwnego, mogliśmy namierzyć nowe pliki (nie miały etykiety) i kolejno sprawdzać, który z nich jest winowajcą.
Użytkownik uzbrojony w taką wiedzę mógł już aspirować do miana „serwisanta Macintoshy” czy nawet „admina”. Nie trzeba było znać zaklęć terminalowych (bo takowego w systemie nie było), aby stać się Macintoshowym guru.

Jaromir Kopp

Użytkownik komputerów Apple od 1991 roku. Dziennikarz technologiczny, programista i deweloper HomeKit. Propagator przyjaznej i dostępnej technologii. Lubi programować w Swift i czystym C. Tworzy rozwiązania FileMaker. Prowadzi zajęcia z IT i programowania dla dzieci oraz młodzieży, szkoli też seniorów. Współautor serii książek o macOS wydanych przez ProstePoradniki.pl. Projektuje, programuje oraz samodzielnie wykonuje prototypy urządzeń Smart Home. Jeździ rowerem.
Komentarze (0)
L

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.